Każda podróż i każda przygoda kiedyś musi się zacząć. Nasza przygoda zaczęła się w niedzielny wieczór 6 lutego br. na Dworcu Głównym PKP w Bydgoszczy. (Niektórzy pewnie powiedzą, ze wcześniej – w trakcie pakowania, ale z racji nieznajomości szczegółów owych czynności, uwzględniać ich tu nie będę). Pojawiliśmy się na dworcu trochę wcześniej, obładowani plecakami, walizkami (a jakże!), nartami, w celu upolowania dogodnego miejsca siedzącego w pociągu relacji Gdynia-Zakopane. Na peronie… sądny dzień. Znacznie więcej chętnych niż się spodziewaliśmy, co zrodziło słuszną obawę, że najbliższe 12 godzin możemy spędzić w postawie stojącej (nie muszę wspominać, że ta opcja w naturalny sposób nie wywołała uśmiechu na twarzy i pragnienia, by została spełniona). Szybka narada. Szybkie decyzje. Tomek, z racji tego, że mężczyzna, został odciążony ze swojego bagażu i wydelegowany do „polowania”. Wjechał pociąg. Co za emocje!!! Tomek wpadł do wagonu, znalazł dwa przedziały i już z radością machał do nas, że „jest!!”, że „tutaj!!!”. Jakie byłyśmy z niego dumne!! Już spokojnie, przepuszczając co bardziej nerwowych podróżnych, dostojnie i z uśmiechem wsiadałyśmy do NASZEGO wagonu. Rozsiedliśmy się wygodnie w dwóch przedziałach, plecaki i walizki powędrowały na półki, książki, bułki, paluszki i soszki wyciągnięte, kurteczki na wieszakach… pięknie. Już prawie pomachaliśmy Bydgoszczy. I nagle… nasz wzrok padł na karteczkę na drzwiach do wagonu: „awaria. wagon nieogrzewany”. To trochę zmroziło nasze uczucia… już mieliśmy wizję nas przymarzniętych do siedzeń, sopli na włosach, szronu na twarzy… ale przecież nic nas nie złamie! Każdy miał w plecaku zapasy ciepłych sweterków, skarpetek i polarków. Zostajemy! Nie zamarzliśmy! Noc była spokojna, troszkę chłodna, z odwiedzinami konduktora, który zapowiedział, że „to nic wolności i swobody” (nie bardzo wiemy, o co mu chodziło…).
Zakopane przywitało nas słońcem i wiosną, śniegu jak na lekarstwo, ciepło… a w plecakach swetry, polary, grube skarpety…
Z Zakopanego „żółtą linią” (szalonym busem) pojechaliśmy do Małego Cichego. Ela z radości, ze jesteśmy na miejscu ucałowała ziemię (potem mówiła, że to lód i plecak ją przygniótł, ale my wiemy swoje – to umiłowanie gór…). W domu przywitała nas Grażynka, nasza Gaździna, oraz Ojciec i Ania. Byliśmy w komplecie! Po śniadaniu chwila na rozpakowanie i odświeżenie, a potem do wypożyczalni po narty, kijki, buty…
Co robiliśmy przez te kilka dni? Jeździliśmy na nartach (Marysia i Natalia nawet na snowbordzie). Stok o skok od domu – czasem dwa razy dziennie był przez nas odwiedzany. Dobrze, że naśnieżany sztucznie, bo patrząc na stoki obok jeździlibyśmy na trawie. Słońce i piękne widoki, trochę wywrotek w śniegu, trochę obolałych nóg (i innych części ciała). Oprócz zjazdowych szaleństw bywaliśmy w różnych miejscach. Odwiedziliśmy pustelnię Brata Alberta na Kalataówkach. W Kaplicy cicho i spokojnie… i nasza Msza św. Byliśmy na Wiktorówkach i Rusinowej Polanie. Przejście oblodzonymi ścieżkami możemy wpisać sobie w CV w rubryce „ekstremalne doświadczenia”. A widok na góry z Rusinowej śmiało możemy dopisać do najpiękniejszych chwil. Byliśmy na Krzeptówkach u Matki Bożej Fatimskiej. Po Mszy św. napatrzyliśmy się na Giewont – tego dnia w lekkiej mgiełce, błyszczącej słońcem. A potem „Dziewczynki”, czyli kurczaczki z rożna (tradycja!) i czas na zakupy. Byliśmy na występnie grupy „Małocichowanie” – tańce i przyśpiewki góralskie. Pięknie! Tomek wpadł objęcia góralki, a Marysia poszła w tany z góralem… oj! działo się, działo!
W Małym Cichym chodziliśmy na Mszę do „naszego” Kościółka pw. św. Józefa. Cicho, spokojnie…
Wieczorami spotkania przy kawusi i czymś słodkim, czasem jakiś film, czasem po prostu byliśmy ze sobą.
Zbliżanie się soboty, dnia wyjazdu, było nieuniknione!
W piątek zaczął padać deszcz. Pożegnaliśmy się już z zimą, z jazdą na nartach (ci, którzy wieczorem w piątek wybrali się na stok, dostali deszczowy prysznic). Trochę nam było smutno, że góry żegnają nas taką szarością i deszczem…
a w sobotę… niespodzianka!! W nocy spadł śnieg. Dużo śniegu! Wszytko białe, świeże, piękne. I jeszcze pada! Poszliśmy (pobiegliśmy prawie – o ile da się biegać w narciarskich butach) na stok. Pierwsze zjazdy w śniegu. Chmury wisiały nisko i sypało wielkimi płatkami. Widoczność w goglach średnia, bez gogli żadna. A potem z godziny na godzinę wiatr rozwiewał chmury. Już przed 12.00 niebo było niebieskie, słonce świeciło jak szalone, mróz szczypał dotkliwie, a śnieg skrzył się jak w bajkach.
Część z nas wybrała się jeszcze tego dnia na spacer – wyruszyłyśmy po prostu na wzgórze – bez ścieżki, między drzewami, tonąc w białym puchu czasem po kolana, bo nikt przed nami tam nie szedł. Gdy dotarłyśmy na wzgórze zobaczyłyśmy ośnieżone szczyty… po prostu było pięknie w sposób doskonały. Gębusie się cieszyły!
Wróciliśmy na obiad. Potem pakowanie, Msza św. (w „naszym” kościółku) i już… zaczynamy wracanie do domu. Bo każda przygoda ma też swój koniec. Zostały nam wspomnienia, uśmiechy i zdjęcia. I tęsknota, by jeszcze raz zanurzyć się w przygodę i wyruszyć „na koniec świata”.
Pozdrowienia dla podróżników: Anii, Sujki, Marysi, Natalii, Marty, Ewy, Eli, Tomka i Ojca.

Przesyłam ja – mała.